W pewnym momencie pod klub zajechał tourbus Dir en Grey. Wzbudził zainteresowanie fanów, którzy sprzed wejścia udali się na tyły klubu, aby wypatrywać gwiazd tego wieczoru. Większość była nastawiona sceptycznie, ale Mąka i Mandy z nadzieją zaglądały do środka ;) Jednak nic nie dało się dojrzeć... Później czekaliśmy pod siatką. I doczekaliśmy się. Pierwszy z pojazdu wysiadł Kyo - gdy szedł, panowała cisza, słychać było jedynie ciche szepty i pstrykające aparaty. W pewnym momencie Mąka krzyknęła do niego "Good morning", ale na to również nie zwrócił uwagi. Gdy tourbus zaparkował już na terenie klubu, w odstępach czasowych opuszczali go Kaoru, Die i Shinya. Toshiya nam się nie pokazał...
Później udaliśmy się na "drugie tyły" klubu. Razem z Chibi i Kate poznanymi w Gdańsku, Nataku i jej znajomymi usiedliśmy na chodniku i tak nam płynął czas... Wtedy Kamikaze znów pobawiła się w piercera, o czym napiszę kolejnym razem. Dalszym etapem dnia było włóczenie się po bliskiej okolicy klubu, między innymi w poszukiwaniu toalet i jakiegoś marketu. Obydwa znalazłyśmy w sąsiednim budynku - ubikacja znajdowała się w knajpie azjatyckiej, zaś sklep był tuż obok. W knajpie zatrzymałyśmy się na dłużej - Chibi i Kate, po to aby się posilić, zaś my dla towarzystwa. Poznałyśmy tam bardzo sympatycznego Wietnamczyka, Iwana, z którym mamy nadzieję znowu się spotkać ;) Częstował nas cukierkami, zapoznawał się z muzyką Dir en Grey i pozował z nami do zdjęcia. Pozdrowienia dla tego pana!
Następnie zrobiłyśmy małe zakupy w sklepie obok (szampan Michel w takie okazje chyba staje się już tradycją...) i wróciłyśmy na tyły klubu. Tam dołączyła do nas Ewa, która znała się już z Mąką. Na chwilę przed klub zabrała mnie ze sobą Kamikaze, dzięki czemu wreszcie poznałam Hideko i znowu spotkałam się z Anko. Krótko, bo krótko, ważne, że w ogóle. Z nimi niestety nie mam zdjęć... Potem wróciłam na tyły. Czas mijał miło, jednak z Toire musiałyśmy już wracać. Jak dla mnie za wcześnie, ale cóż... Poszłyśmy jeszcze do ubikacji, gdzie z Mąką walczyłyśmy o flagę, którą Kamikaze pozostawiła mi pod opieką. Skończyło się na tym, że niechlubnie odsprzedałyśmy ją za dwa papierosy...
Dzień należał do bardzo udanych. Żałuję, że częściej takich nie ma w moim życiu. Ale cóż, jak się nie ma co się lubi... ;)