October 15, 2011

Holy Grail!

Versailles w Polsce! Czekałam na to od dłuższego czasu. W końcu się doczekałam. I warto było czekać. No ale niestety już po wszystkim, więc wypada spisać jak było.
Do Krakowa zawitałam około 10. rano w niedzielę (tj. 9 października), aby spędzić więcej czasu z ludźmi. To Mąka mnie tak wcześnie przede wszystkim wyciągnęła, bo z Herezją umówiłam się dopiero na 19. Tak więc spotkałam się z Mąką i chodziłyśmy trochę po Krakowie, w sumie bez celu. Zawitałyśmy między innymi do Empiku, gdzie zaczepił nas bardzo miły pan i poopowiadał o wrażeniach znajomych z wycieczki do Japonii ;)
 
 Spotkałyśmy też trzy dziewczyny, które również wybierały się na koncert - Eru, Dianę i Magic. Pochodziłyśmy razem po mieście, zatrzymałyśmy się w końcu w fast foodzie i tam jeszcze trochę porozmawiałyśmy zanim przyjechał po nie tata Eru. Gdy się pożegnałyśmy, my z Mąką wróciłyśmy do Galerii Krakowskiej, gdzie czekałyśmy na 17. O tej godzinie do nas dołączyła Ania z Warszawy, koleżanka Mąki. Nie siedziała z nami jednak długo podobnie jak Jincian, która dosiadła się, gdy zobaczyła nas na ławce. Również Herezja dotarła w końcu. W sumie z tego momentu zapamiętałam tylko jej kopniaka i podarowanie kilku zielonych włosów ;) Kiedy Ania i Jincian poszły, z Mąką i Herezją polazłyśmy po małe zakupy spożywcze, a potem kupić Mące bilet. Następnie z Mąką się pożegnałyśmy, bo na noc musiała jechać do siostry, a my z Herezją jakoś dotarłyśmy pod klub Kwadrat, gdzie rozłożyłyśmy manatki i własne tyłki i stanowczo postanowiłyśmy czekać na jutrzejszy dzień. Nie było ciepło, nie było toalet ani nie było większego towarzystwa, ale dałyśmy radę. Dopiero około piątej rano, gdy przysnęłam, pojawiło się kilka dziewczyn - Bou, którą poznałam już w Gdańsku, Kaoru, Ewa... W powiększonym gronie doczekałyśmy świtu. Wtedy dotarła do nas jeszcze Ania.
Około dziesiątej rano zostałyśmy wpuszczone do klubu przez barmana Bogdana, za co jestem mu bardzo wdzięczna, bo dłuższe siedzenie na zimnym powietrzu zdecydowanie nie było czymś, o czym marzyłam. Od tej pory zaczęło ludzi przybywać. My jako pierwsze oczywiście zajęłyśmy teren pod drzwiami do hali. Pojawiła się również Mąka, która przyniosła ze sobą znajomą już rzecz...
Z czasem jednak ludu zaczęło przybywać, więc padł pomysł, aby na wszelki wypadek wywiesić listę z numerkami, które mają pierwszeństwo przy wpuszczaniu. Został bardzo dobrze przez nas przyjęty, ale trudno, żeby było inaczej, skoro większość z nas na liście była... Nie wyglądała co prawda schludnie - nabazgrana w paru chwilach na pogiętej kartce, przyklejona podebranymi z plakatów taśmą, najważniejsze jednak, że poczuliśmy się pewniej ;)
W pewnym momencie z hali zaczęły docierać do nas dźwięki muzyki. Od razu rozpoznaliśmy, że to Versailles, którzy mają próbę. Podbiegliśmy do drzwi i przystawiliśmy uszy. Nie wyglądało to zbyt inteligentnie, ale po dość długim już czekaniu nawet zwykła próba potrafiła w nas rozbudzić ekscytację.
 
Trochę później pojawił się PiCa z Ant1nett. Kaoru zdołała go na chwilę zatrzymać, aby zapozował do zdjęcie i podpisał własne ulotki. Zaraz jednak znikł za drzwiami hali, a nam pozostało dalsze czekanie. Niestety już nie było tak miło - o 17. obsługa wyprosiła nas z klubu, więc wszyscy ustawili się pod wejściem i tam spędziliśmy kolejne półtorej godziny. Ale wrócił PiCa i tym razem dłużej pozował i rozdawał autografy. Okazał się być całkiem sympatycznym człowiekiem, który nie bał się z nami kontaktu. Herezja ponoć uczyła go zacnego polskiego słowa "popita", aż żałuję, że mnie przy tym nie było ;)


 Było trochę komplikacji - czekanie się przedłużyło, bo nie dotarła ochrona. Umililiśmy sobie czas skandowaniem i śpiewaniem (najwięcej ubawu było z zaintonowanego przez Herezję "Szła dzieweczka do laseczka"), ale ostatecznie zostaliśmy wpuszczeni pomimo braku ludzi. Nam jako numerkom udało się zająć miejsca pod sceną, więc pomysł z nimi okazał się skuteczny ;)
W końcu stało się. Chłopaki wyszli na scenę. Wychodzili pojedynczo, prezentując się fanom, którzy krzyczeli i wyciągali w ich stronę ręce z różami. Herezji i mnie udało się zająć miejsca w pierwszym rzędzie pod Hizakim, zaś Mąka skończyła w drugim. Poznałam Tomikę, która miała (wątpliwe) szczęście stanąć po mojej prawej stronie ;) Samego koncertu opisać po prostu nie potrafię. Jak by to powiedziała Amaia - to byłoby czyste bluźnierstwo, opisywać coś, czego ludzkie słowa nie są w stanie opisać ;) Tam po prostu trzeba było być i to przeżywać. Pozwolę więc sobie złożyć hołd trzykrotnym ukłonem i pozostać w milczeniu. Kto jest ciekaw relacji, odsyłam do JaME. Całkiem nieźle im wyszła.
 Po skończonym koncercie odbył się jeszcze krótki meeting z Versailles. Udało mi się podejść do zespołu bez dłuższego czekania. Wciąż byłam pod wrażeniem, więc do każdego z chłopaków wydukałam tylko podziękowanie po angielsku. To było niesamowite móc uściskać dłonie ludzi, których muzykę, twórczość się podziwia... Nigdy tego nie zapomnę.
Po meetingu wyszłam z hali i usiadłam przy stole, gdzie spotkałam Tomikę. Pozwoliła mi sfotografować kostkę Hizakiego, którą udało jej się wywalczyć tylko dlatego, że miała dłuższe ręce! Ale nie czuję się pokrzywdzona, bo po dwóch kolejnych kostkach (które trafiły do kogoś blizej nieokreślonego i do Herezji) zdobyłam swoją. Za co dziękuję panu ochroniarzowi, który łaskawie podał ją do mnie.
Sfotografowałam również pałeczkę Yukiego, ale dane właścicielki pozostały mi nieznane. (Zdjęcia dostępne pod niżej podanymi linkami, niestety coś się zepsuło i nie mogę dodać tradycyjnie. Przy okazji przepraszam za jakość, robiłam komórką.)
Kostka
Pałeczka
 Gdy znalazłam Herezję, razem postanowiłyśmy już wracać na dworzec. Wzięłyśmy swoje rzeczy, ale ja wróciłam jeszcze na górę poszukać Mąki, która jako ostatnia opiekowała się moim aparatem. Zastałam ją i Anię stojące przy barierkach, za którymi odbywało się jeszcze spotkanie street teamu z Versailles. Również próbowały się załapać ;) Postałam trochę z nimi, w końcu, niewiele myśląc, wyciągnęłam bilet i zawołałam do Hizakiego z prośbą o autograf. Wydawał się być trochę zdziwiony, ale podpisał się. Jeszcze raz arigatou, Hizaki-sama! Poprosiłam o to samo Teru, również był chętny, ale zanim doczekał się markera, menadżerka zdążyła wyrwać mu bilet i zwrócić mi go z dość nieprzyjemnie brzmiącym "Forbidden! Forbidden!". Cóż... przepraszający uśmiech Teru wynagrodził mi jej dziwne zachowanie :)
Hizaki 
Z Mąką i Anią odeszłyśmy, gdy zespół już się pożegnał. Nigdy nie zapomnę serdecznych okrzyków i machania ze strony ich i fanów. Na dole rozstałam się z dziewczynami i z Herezją poszłyśmy na przystanek, skąd razem z innymi fanami ruszyłyśmy w drogę powrotną. Noc spędziłyśmy na dworcu PKP, a z samego rana każda z nas ruszyła już w ostatni etap podróży - ja autobusem do Nowego Sącza, a ona busem do Myślenic. Prosto do szkoły ;)
W moim życiu zostało zapisane kolejne niesamowite wydarzenie. Dziękuję za te piękne chwile Versailles i ludziom, których z okazji ich koncertu znowu spotkałam, a także poznałam nowych. Mam nadzieję, że wszyscy znowu spotkamy się na Ant1nett.

Pod tym linkiem są do obejrzenia zdjęcia z oczekiwania na Versailles.
ZDJĘCIA

August 27, 2011

Dum Spiro Spero

Oto i dzisiaj mija tydzień od koncertu Dir en Grey. Nie byłam na nim, ale pojechałam z Toire do Krakowa, aby spotkać się ze znajomymi. Niestety nie wszyscy się pojawili, ale i tak było świetnie. Wstałyśmy o 4.30 i na dworzec dotarłyśmy na styk. Podróż trwała parę godzin, więc na miejscu byłyśmy o ósmej z minutami. Już wcześniej umówiłyśmy się z Kamikaze, że wyjdzie po nas na dworzec. Bez problemu zlokalizowałam ją w tłumie - pomogły w tym jej włosy, jak i włosy towarzyszącej jej Magdy ;) Kolory nie należały do często spotykanych... Byli z nimi jeszcze Jeanne, która tego dnia obchodziła osiemnaste urodziny (sto lat, sto lat jeszcze raz!) i Miv, z którym znamy się z Gdańska. Trochę później Miv i Magda poszli w swoją stronę, a do nas dołączyła Mąka, której, aż wstyd, nie poznałam... Wszystkie udałyśmy się jeszcze na PKP, aby Jeanne mogła odebrać swój bilet na DeG. Dopiero potem udałyśmy się pod klub Studio. Tam spotkałyśmy się z kolejnymi ludźmi, między innymi Martą i Mandy.
W pewnym momencie pod klub zajechał tourbus Dir en Grey. Wzbudził zainteresowanie fanów, którzy sprzed wejścia udali się na tyły klubu, aby wypatrywać gwiazd tego wieczoru. Większość była nastawiona sceptycznie, ale Mąka i Mandy z nadzieją zaglądały do środka ;) Jednak nic nie dało się dojrzeć... Później czekaliśmy pod siatką. I doczekaliśmy się. Pierwszy z pojazdu wysiadł Kyo - gdy szedł, panowała cisza, słychać było jedynie ciche szepty i pstrykające aparaty. W pewnym momencie Mąka krzyknęła do niego "Good morning", ale na to również nie zwrócił uwagi. Gdy tourbus zaparkował już na terenie klubu, w odstępach czasowych opuszczali go Kaoru, Die i Shinya. Toshiya nam się nie pokazał...
Później udaliśmy się na "drugie tyły" klubu. Razem z Chibi i Kate poznanymi w Gdańsku, Nataku i jej znajomymi usiedliśmy na chodniku i tak nam płynął czas... Wtedy Kamikaze znów pobawiła się w piercera, o czym napiszę kolejnym razem. Dalszym etapem dnia było włóczenie się po bliskiej okolicy klubu, między innymi w poszukiwaniu toalet i jakiegoś marketu. Obydwa znalazłyśmy w sąsiednim budynku - ubikacja znajdowała się w knajpie azjatyckiej, zaś sklep był tuż obok. W knajpie zatrzymałyśmy się na dłużej - Chibi i Kate, po to aby się posilić, zaś my dla towarzystwa. Poznałyśmy tam bardzo sympatycznego Wietnamczyka, Iwana, z którym mamy nadzieję znowu się spotkać ;) Częstował nas cukierkami, zapoznawał się z muzyką Dir en Grey i pozował z nami do zdjęcia. Pozdrowienia dla tego pana!
Następnie zrobiłyśmy małe zakupy w sklepie obok (szampan Michel w takie okazje chyba staje się już tradycją...) i wróciłyśmy na tyły klubu. Tam dołączyła do nas Ewa, która znała się już z Mąką. Na chwilę przed klub zabrała mnie ze sobą Kamikaze, dzięki czemu wreszcie poznałam Hideko i znowu spotkałam się z Anko. Krótko, bo krótko, ważne, że w ogóle. Z nimi niestety nie mam zdjęć... Potem wróciłam na tyły. Czas mijał miło, jednak z Toire musiałyśmy już wracać. Jak dla mnie za wcześnie, ale cóż... Poszłyśmy jeszcze do ubikacji, gdzie z Mąką walczyłyśmy o flagę, którą Kamikaze pozostawiła mi pod opieką. Skończyło się na tym, że niechlubnie odsprzedałyśmy ją za dwa papierosy...
Dzień należał do bardzo udanych. Żałuję, że częściej takich nie ma w moim życiu. Ale cóż, jak się nie ma co się lubi... ;)

April 13, 2011

Are you ready to rock?

Dobrze, w końcu się zebrałam i opiszę, co się działo w Gdańsku 10 kwietnia.
Z tatełem wyjechaliśmy z Sącza autobusem do Krakowa, aby stamtąd o 15;38 wyruszyć pociągiem do Gdańska. Okazało się jednak, że taki pociąg nie jeździ. Dlatego byliśmy zmuszeni parę godzin czekać na inny, który odjeżdżał o 17;06. Kamikaze stwierdziła, że to był pociąg magiczny, bo nie widziała go na Rozkładzie PKP. Ważne jednak, że dojechałam. Nie na 5, ale na 7 i Kamikaze z Martą musiały trochę poczekać zanim wyszły po mnie na dworzec. Spotkałyśmy się pod toaletami, bardzo romantycznie. To było niesamowite uczucie spotkać się z kimś, z kim się zna od długiego czasu z internetu ;) Z Toire na pewno będzie podobnie, dlatego teraz jeszcze bardziej nie mogę doczekać się wakacji. Później dotarłyśmy pod Stocznię, pod boczną bramę, bo tam wszyscy zaczęli się zbierać. Poznałam siostrę Kamikaze, Nataku, jej kumpla, Bou, z którą znałyśmy się już z FaceBooka i parę innych osób. Następnie z tatełem poszliśmy pod Trzy Krzyże, aby zobaczyć, gdzie to Solidarność rozpoczęła walkę o wolność. Gdy już odchodziliśmy, przyszedł znikąd taki piękny kot, który szedł za mną, a kiedy się zatrzymałam, zaczął się łasić :)
Później jednak się odłączył, chyba wyczuł, że kolega Nataku chciał urządzić na niego polowanie :) A szkoda, miałam nadzieję, że wróci ze mną pod bramę. Zamiast niego jednak pojawiło się tam parę kolejnych osób, a my z tatełem poszliśmy jeszcze na mszę (do kościoła pod wezwaniem św. Jakuba). Gdy wróciliśmy, okazało się, że wszyscy przenieśli się pod główną bramę. Tam odnalazłam "moich", zaczęły też nadchodzić nowe osoby: Ola, Yumiko, Monika, Patrycja, Herezja, Anko, Lulish... W końcu zebraliśmy się w jedną grupkę i chodziliśmy raz do Biedronki po szampany, a raz do galerii handlowej do toalet. Później usiedliśmy w kółeczku i czekaliśmy na zbliżający się powoli wieczór.

W pewnym momencie pojawił się fotograf, który robił nam zdjęcia i nagrywał jak skandujemy imię Miyaviego :) Tutaj  można przeczytać jego relację i pooglądać efekty jego stania na murku :) Gdzieś po 18 w końcu brama się otworzyła i nas wpuszczano grupkami do środka. Po sprawdzeniu biletów i zdania rzeczy do szatni rozpoczęło się kolejne czekanie, tym razem pod wejściem do sali koncertowej. A po 19 te drzwi również się otworzyły i wszyscy ruszyli pędem, aby zająć przody. W efekcie zrobiło się takie zamieszanie, że ochroniarze musieli wejść między nas i porobić odstępy, ale nie pomogło; gdy Miyavi wyszedł na scenę i uderzył w struny, wszyscy oszaleli, chcieli być jak najbliżej niego... Jeden na drugiego nachodził, nadeptywał, były nawet momenty, gdy spore grupy fanów (łącznie ze mną) po prostu się przewracały. Względny spokój zapanował dopiero po około 15 minutach i od tamtej pory było po prostu genialnie! Gdy słuchałam Miyaviego, wszystko po prostu we mnie drżało, nie mogłam uwierzyć, że tam jestem i to przeżywam. W momencie, gdy zrobił przerwę, aby podziękować nam za wsparcie dla Japonii, która ucierpiała w trzęsieniu ziemi, i poprosił nas o minutę ciszy, miałam ochotę się rozpłakać. To była zdecydowanie najpiękniejsza chwila w tym wszystkim.

Miyavi miał z nami bardzo dobry kontakt; rozmawiał, skutecznie zachęcał do klaskania, zagrał piosenkę na nasze życzenie - "Selfish love". Byliśmy jak zaczarowani, a widać było, że Miyaviemu też się spodobało :) Koncert trwał niby prawie trzy godziny, ale mnie wydawało się i wciąż wydaje, jakby to było zaledwie kilka minut. Jednego jestem pewna - jeśli Miyavi jeszcze kiedyś wróci - czyli niedługo ;) - ja na pewno się tam jeszcze pojawię.
Po koncercie zdecydowana większość ludzi udała się na dworzec PKP. Skonani siadaliśmy gdzie popadnie, żeby tylko jakoś doczekać do pociągu i wrócić do domu.

Z Kamikaze i Nataku jechaliśmy tym samym pociągiem - one do Kutna, gdzie miały przesiadkę, a ja z ojcem do Krakowa, gdzie mieliśmy przesiąść się na autobus do Sącza. Wagony były jednak przepełnione, sporo osób, w tym my, musieliśmy siedzieć na korytarzu. Dopiero później zwolniło się parę miejsc w jednym z przedziałów, gdzie siedziało trzech niezbyt mile wyglądających mężczyzn ;) Jednak dojechaliśmy, a moje podsumowanie brzmi: chciałabym więcej takich dni w moim życiu.