April 13, 2011

Are you ready to rock?

Dobrze, w końcu się zebrałam i opiszę, co się działo w Gdańsku 10 kwietnia.
Z tatełem wyjechaliśmy z Sącza autobusem do Krakowa, aby stamtąd o 15;38 wyruszyć pociągiem do Gdańska. Okazało się jednak, że taki pociąg nie jeździ. Dlatego byliśmy zmuszeni parę godzin czekać na inny, który odjeżdżał o 17;06. Kamikaze stwierdziła, że to był pociąg magiczny, bo nie widziała go na Rozkładzie PKP. Ważne jednak, że dojechałam. Nie na 5, ale na 7 i Kamikaze z Martą musiały trochę poczekać zanim wyszły po mnie na dworzec. Spotkałyśmy się pod toaletami, bardzo romantycznie. To było niesamowite uczucie spotkać się z kimś, z kim się zna od długiego czasu z internetu ;) Z Toire na pewno będzie podobnie, dlatego teraz jeszcze bardziej nie mogę doczekać się wakacji. Później dotarłyśmy pod Stocznię, pod boczną bramę, bo tam wszyscy zaczęli się zbierać. Poznałam siostrę Kamikaze, Nataku, jej kumpla, Bou, z którą znałyśmy się już z FaceBooka i parę innych osób. Następnie z tatełem poszliśmy pod Trzy Krzyże, aby zobaczyć, gdzie to Solidarność rozpoczęła walkę o wolność. Gdy już odchodziliśmy, przyszedł znikąd taki piękny kot, który szedł za mną, a kiedy się zatrzymałam, zaczął się łasić :)
Później jednak się odłączył, chyba wyczuł, że kolega Nataku chciał urządzić na niego polowanie :) A szkoda, miałam nadzieję, że wróci ze mną pod bramę. Zamiast niego jednak pojawiło się tam parę kolejnych osób, a my z tatełem poszliśmy jeszcze na mszę (do kościoła pod wezwaniem św. Jakuba). Gdy wróciliśmy, okazało się, że wszyscy przenieśli się pod główną bramę. Tam odnalazłam "moich", zaczęły też nadchodzić nowe osoby: Ola, Yumiko, Monika, Patrycja, Herezja, Anko, Lulish... W końcu zebraliśmy się w jedną grupkę i chodziliśmy raz do Biedronki po szampany, a raz do galerii handlowej do toalet. Później usiedliśmy w kółeczku i czekaliśmy na zbliżający się powoli wieczór.

W pewnym momencie pojawił się fotograf, który robił nam zdjęcia i nagrywał jak skandujemy imię Miyaviego :) Tutaj  można przeczytać jego relację i pooglądać efekty jego stania na murku :) Gdzieś po 18 w końcu brama się otworzyła i nas wpuszczano grupkami do środka. Po sprawdzeniu biletów i zdania rzeczy do szatni rozpoczęło się kolejne czekanie, tym razem pod wejściem do sali koncertowej. A po 19 te drzwi również się otworzyły i wszyscy ruszyli pędem, aby zająć przody. W efekcie zrobiło się takie zamieszanie, że ochroniarze musieli wejść między nas i porobić odstępy, ale nie pomogło; gdy Miyavi wyszedł na scenę i uderzył w struny, wszyscy oszaleli, chcieli być jak najbliżej niego... Jeden na drugiego nachodził, nadeptywał, były nawet momenty, gdy spore grupy fanów (łącznie ze mną) po prostu się przewracały. Względny spokój zapanował dopiero po około 15 minutach i od tamtej pory było po prostu genialnie! Gdy słuchałam Miyaviego, wszystko po prostu we mnie drżało, nie mogłam uwierzyć, że tam jestem i to przeżywam. W momencie, gdy zrobił przerwę, aby podziękować nam za wsparcie dla Japonii, która ucierpiała w trzęsieniu ziemi, i poprosił nas o minutę ciszy, miałam ochotę się rozpłakać. To była zdecydowanie najpiękniejsza chwila w tym wszystkim.

Miyavi miał z nami bardzo dobry kontakt; rozmawiał, skutecznie zachęcał do klaskania, zagrał piosenkę na nasze życzenie - "Selfish love". Byliśmy jak zaczarowani, a widać było, że Miyaviemu też się spodobało :) Koncert trwał niby prawie trzy godziny, ale mnie wydawało się i wciąż wydaje, jakby to było zaledwie kilka minut. Jednego jestem pewna - jeśli Miyavi jeszcze kiedyś wróci - czyli niedługo ;) - ja na pewno się tam jeszcze pojawię.
Po koncercie zdecydowana większość ludzi udała się na dworzec PKP. Skonani siadaliśmy gdzie popadnie, żeby tylko jakoś doczekać do pociągu i wrócić do domu.

Z Kamikaze i Nataku jechaliśmy tym samym pociągiem - one do Kutna, gdzie miały przesiadkę, a ja z ojcem do Krakowa, gdzie mieliśmy przesiąść się na autobus do Sącza. Wagony były jednak przepełnione, sporo osób, w tym my, musieliśmy siedzieć na korytarzu. Dopiero później zwolniło się parę miejsc w jednym z przedziałów, gdzie siedziało trzech niezbyt mile wyglądających mężczyzn ;) Jednak dojechaliśmy, a moje podsumowanie brzmi: chciałabym więcej takich dni w moim życiu.

5 comments:

  1. podobnie to ja nie wiem, czy będzie :P a ":)" kojarzy mi się zupełnie z czym innym!

    masz 69 dni (70, no ale)

    ReplyDelete
  2. Było zajebiście! Na pewno będzie więcej takich dni! Diry za 127 <3 już nie mogę się doczekać! *o* koncert Myva wyjebany w kosmos a on jest zajebistą osobą! :D

    ReplyDelete
  3. Przeczytałam :D
    Tak było świetnie i tego nie da się opisać jak było,bo mimo iż język polski ma od ch*jka i ciut ciut słów to ani jedno nie wyrazi tego koncertu, trzeba tam było być i to przeżyć aby zrozumieć.

    ReplyDelete
  4. sweet ! widzę ze zabawa sie udała! Musimy sie spotkać, zebys mi opowiedziała normalnie !!!!!!!
    widziałam twoje zdj na fejsku z alkoholem dorastasz ;*******

    lOofffciam <33 haha xD

    ReplyDelete
  5. Ha!!!!!!!!!!! Pani Śpioszek tam była! Rozjebała się zaraz koło Ciebie i podpierdalała Ci kolejki xD Pani Śpioszek niestety zdarła sobie nogi swoim nowiutkim ślicznutkim obuwiem marki GLANY, ale uważa, że każda warstwa skóry, która jej zlazła była tego warta.

    ReplyDelete